Bibip, bibip otwieram leniwie oko, 6.30 na zegarze. Pod kołdrą ciepło, poza nią zimno. Rzut oka za okno, śnieg jest? Jest cieszę się bardzo, w końcu jakieś posiedzenie ze śniegiem. O to przecież mi cały czas chodziło – prawdziwe zimowe Myszaki. Co prawda prognozy pogody mało optymistyczne i zmieniają się jak w kalejdoskopie a ja jak każdej zasiadki mam nadzieję, na przejaśniające się niebo. Czajnik gwiżdże termos naszykowany, koc i poducha spakowane - po kilku minutach jestem w gotowości. Zastanawiające, czemu do pracy nie wstaję tak ochoczo i tak sprawnie nie idzie mi szykowanie

Po sobotnich wichurach pełna obaw wychodzę do samochodu. Do budy mam dobre 12 km, więc auto nieodzowne. Choć od wczoraj słyszę, że drogi nieprzejezdne pakuję graciszcze do auta. Pod samochodem myślę, luzik wieje, ale standardowo jak to na wybrzeżu. Tu jak zaczyna wiać w październiku to wieje do maja

Grzanie na maksa i ruszam, pierwsze kilometry całkiem spokojnie, brnę w rozjeżdżonym śniegu. Wyjeżdżam na otwarte pole i … co jest ? Zaspy po 4 m, drogi ledwo przejezdne. Zaraz zaraz gdzie droga a gdzie pole ? Pierwsza myśl : wracam, ale oczyma wyobraźni już widzę zadowoloną minę mojego chłopa, który mówi: - „A nie mówiłem. Walnięta baba zawsze coś wymyśli”. O nie, nie dam mu tej satysfakcji, więc wrzucam dwójkę i pomału przedzieram się pomiędzy zaspami. Mam szczęście w pierwszej wiosce doganiam pług, który toruje mi drogę. Towarzyszy mi aż do wsi, która graniczy z „”moimi” łąkami. Tym razem zostawiam samochód w wiosce, trudno jeszcze dosyć spory kawałek marszu, ale lepsze to niż utopić auto w śniegu i znowu zadowolony chłop ze słowami: „A nie mówiłem? „. Otwieram drzwi od auta i …matko jak wieje. Różnica w sile wiatru między moją wiocha a miejscem gdzie stoi buda jest zasadnicza i to dość znacznie. Jak się już przyjechało w tych zaspach to mówi się trudno i brnie w śniegu dalej. Załadowałam graty i w drogę. Do budy doszłam przed godziną 8. Małe rozczarowanie, bo śniegu mniej niż na polach i poboczach. Jednak wietrzysko na otwartych przestrzeniach wywiewa, ale jest i plus nie musze biegać i odśnieżać sceny z łopatą. Przyniosłam pokaźnych rozmiarów ładunek fajnie zalatującego mięcha. Rozłożyłam zwiększając odległość, która w efekcie okazała się i tak zła. Odśnieżyłam wejście, bo nie dało się otworzyć drzwi, otworzyłam sezam i … następna niespodzianka. W budzie kilka cm śniegu. Na szczęście w tej mniej używanej części. Siedzisko suche. – jest dobrze. W chwilach nudy można ulepic bałwana Ostatnim razem rozerwałam folie od okienka na szkło, bo ciągle opadała i zawężała pole widzenia. Dziurę zatkałam siatka, która po tych wiatrach wpadła do środka i pięknie zawiewało mi do budy, a że zimą wiatry przeważnie w czoło budy… No cóż szybkie odśnieżanie i myk na siedzisko. Instaluję sprzęt, spoglądam w wizjer i …. do cholery, nic nie widzę. Wiatr tak mocno zacina śniegiem, że nie widać badyla, który jest 12 m od budy. Fajnie, wygramoliłam tyłek z dziupli, kości już prawie nie widać. Następna myśl:, że to chyba był nie najlepszy pomysł z dzisiejszym wyjazdem, że znowu przyjechałam na nic, bo jak ptaszyska mają je dostrzec skoro ja nie widzę ich z metra sześćdziesiat. Rozgarnęłam śnieg, wysypałam chleb i schowałam się do budy. Telefon do Drojaca czy tez siedzi, żeby nie nachodziła mnie ta myśl, że doszłam do momentu w którym zwariowałam i zagalopowałam się w swojej pasji. Na szczęście odbiera, jest w budzie a więc nie tylko ja choruję na tę chorobę. Miło.
Po kilku minutach pojawiły się sroki. Dobry znak. Najpierw jedna, za nią druga. Brały chleb i mykały. Zawsze dużo hałasują to ściąga Myszaki. I faktycznie po pół godzinie pojawia się Myszak. Ląduje na dachu, siedzi jakieś 10 minut i przygląda się pewnie stołówce, której ja nie widzę. Ląduje, widzę niewyraźne kontury.
241.

Mimo, że o tej porze powinno być już całkiem jasno to śnieżyca jest tak gęsta z tak silnym wiatrem, że sroki mają problem żeby utrzymać się na dwóch nogach.
242. „trzymaj się Ziuta – dziś 15 w skali boforta”

Co chwile gdzieś je zwiewa. Myszak, żeby go nie porwało rozkłada skrzydła i wczepia się w jedzenie. Po chwili ląduje drugi.
243.

Po kilkunastu minutach trzeci, czwarty, piaty i szósty. Na scenie jest sześć ptaków a ja nic nie widzę. Zawsze marzyły mi się zdjęcia w taką kurzawę, chciałam no to mam. Tylko, co z tego. Wiem, że są, ale chwilami nawet nie wiem gdzie. Są jakieś sprzeczki i bitki, słyszę je wyraznie. Mogę tylko delektowac się odgłosami jakie wydają. Na sekundę kiedy siła wiatru się zmienia daje się rozpoznać znajome sylwetki. Wyobraznia działa w takich chwilach. choć złość we mnie narastała.
244.

Zaczynam się denerwować. Pojawia się para kruków, która roznosi kości tak, że każdy z Myszaków ma swoje miejsce. Gruchają sobie co jakiś czas na uboczu

245.

Ciągle pada, czy kiedyś przestanie? Może, żeby chociaż tak nie zacinało. Zrobiło by się ciut jaśniej. Sypie i to w dużych ilościach małymi płatkami. Nawet ptaki siedzące bardzo blisko budy są jak za mglą. Pogadam w wizjer a potem na to co zarejestrowała puszka, pora już dobra na śniadanie a klatki wyglądają jak robione w chwili kiedy dzwonił budzik.
246.

Po 11 przestaje sypać i jest chwila bez śniegu, ciemno, ale śnieg robi swoje pozwala wyciągać lepsze czasy. Wieje ciągle z tą sama siła, buda aż się trzęsie. Wiatr mi się podoba, ptaki nalatują pomału jest czas, żeby je złapać i przewidzieć, w która stronę polecą.
247.

248.

249. eh raz 400 za mało a raz a dużo ? Nie może być idealnie ?

Tylko ten zakichany śnieg. No cóż w końcu mamy zimę, więc nie ma, co płakać. Kruki bawiły się na stołówce do 12 potem poleciały dalej i po chwili zniknęły na horyzontem. Na scenie wymieniały się dwa na dwa Myszaki.
250.

251. przy takim wietrze trzeba biegać ze skrzydłami, pomaga


Jedna sztuka była przez cały czas, choć z przerwami. Sroki standardowo.
252. siwek

253. ma piekny ogon z gwiazda na białym tle

Czekałam na bielika, niestety nie pojawił się. Moje obserwacje i doświadczenia Drojaca przekonują mnie do tezy, że stołówka musi być cały czas pełna. Kilka dni bez mięsa i ptaki rozlatują się po okolicznych polach. Tylko kawał dobrego mięcha ma szanse ściągnąć nie małe towarzystwo, które przyciąga następne i następne. Kości, korpusy są dobre na posiedzenia, ale zostawione na dłużej w taka pogodę znikają pod śniegiem zbyt szybko. Do tego dosyć regularnie pojawia się u m nie smakosz kości, który w szybkim tempie wynosi przynoszone przeze mnie smakołyki dla ptaków. Pustawe kości prowokują do pewnych zachowań, jak najbardziej przeze mnie pożądanych.
254. choc pod skrzydełko


255.

Choć przeważnie klnę na kruki za to ich roznoszenie wczoraj zrobiły jedną pożyteczną rzecz,. Wyniosły kawał żeber na kretowiska z lewej strony budy. Gdzie chętnie lądowały Myszaki i tam przez cały dzień umościły sobie niezły punkt obserwacyjny, z którego startowały w kierunku kości pod buda.
256. na paluszkach

Już wcześniej myślałam o wbiciu jakiegoś kołka w znacznej odległości od budy, tak, żeby miały punkt obserwacyjny przed czołem budy i bym miała możliwość focenia ich w locie. W końcu nalot będzie z przodu, więc tylko wyczekać i trafić w odpowiedni moment. Trochę mrozy puszczą to nad czymś takim popracuję.
257. spacer na krawędzi

Zasiadkę skończyłam o 14, niestety bateria dała już o sobie znać, na dnie w termosie dno, a wiejący wiatr potęgował odczucie chłodu. Z – 3 robiło się – 12, paluchy mimo rękawiczek kostniały po kilku minutach trzymania na spuście. Wiatr wiał w twarz, więc ta też już dawała o sobie znać. Mimo, iż fotograficznie dzień raczej ubogi, ale przeżycia i doświadczenia bezcenne. W przyszłym sezonie buda będzie luksus: -) Nic nie daje człowiekowi takiego kopa jak kilka godzin spędzonych w takiej kurzawce, polecam – odżyłam po 10 dniach posuchy fotograficznej. Już wiem dlaczego to lubię i po co to robię

258.