Od czego powinnam zacząć, hm chyba od przedostatniej zasiadki przy – 18 stopniach Celsjusza, ktoś powie niby nic na południu temperatura sięga 30 kresek i są tacy co trwają w swoich czatowniach - szczerze podziwiam choć na wybrzeżu przy tak dużej wilgotności taka temperatura jest naprawdę mocno dająca się we znaki a przy silnych wiatrach jakie ostatnio się pojawiają jej odczuwalność należy mnożyć razy dwa.
Dzień zaczęłam od dzika zalegającego w budzie. Drugi pakunek jest sporo większy od pierwszego i choć pierwotnie miał być przeznaczony dla Drojac’a to nadal leży pod moją budą w worku. A właściwie leżał w budzie, bo po ostatniej przygodzie z sarniną nie miałam ochoty szukać go po całej łące ciągnącej się na kilka kilometrów. Temperatura sprzyja, mięso nie psuje się, więc w środku nie śmierdziało. Jedyny mankament tego wszystkiego jest taki, że jakoś wyciągnąć to trzeba a że otwór drzwiowy ma nie więcej niż 60 no 70 cm, a dziku po zmrożeniu waży swoje nie było łatwo. Uparł się dziadyga na siedzenie w ciepłym, ale nie byłabym sobą jak bym go nie wytargała - nie dałam mu szans. Pierwszy, który leży już jakiś czas jest ładnie już wygarbowany. Można go na spokojnie zabrać do domu przed kominek, o ile się taki posiada. W blokach u nas takowych nie ma, więc dzik leży dalej na łące.
Wracając do meritum, wrzuciłam dzika na sanki i przewiozłam na dosyć sporą odległość w zamyśle na walki bielików ( tu dodać należy, że ostatnio dwa się pod budą przepychały, choć mogłam podziwiać to tylko z auta to nadzieja na podobne widowisko gdzieś się w środku kołatała). Po drodze uparciuch spadał kilkakrotnie- jest tak ogromny, że nijak nie można go na tych sankach upakować. Wywaliłam dziada gdzie miał leżeć, zabieram się za wyciąganie z wora i co?
I jak siedział tak siedzi. Cholernik przymarzł do worka zapierając się przy tym nogami. Noża oczywiście nie miałam, bo i po co w taką pogodę go brać. Myślę, poskacze może drgnie… I skakałam tak z 20 minut a jego położenie nie zmieniło się ni trochę. I tu po cichu Wam powiem, że choć kobietom nie wypada bluzgać, to słowo na k… wyrzucałam siebie całymi seriami z prędkością karabinu maszynowego. Cała mokra zapakowałam dziczyznę na sanki i ruszyłam w drogę powrotną pod budę.
Nie dobrze - człowiekowi ciepło, ale po chwili szybko traci temperaturę i szybciej odczuwa się zimno. No trudno, może, choć dzisiejszy dzień łaskawy będzie. Nie był … było szaro, ciemno i pusto. Wróciłam po kilkudziesięciu godzinach z ledwie kilkoma klatkami. Większość dnia upłynęła mi na oglądaniu leżącego w zaspie samotnego dzika, który kiedyś wiódł wesołe życie wśród radośnie chrumkających towarzyszek. Któryś już raz z rzędu potwierdziły się moje obserwacje. Przy silnych mrozach ptaki żerują mniej, pojawiają się popołudniu, kiedy temperatura osiąga swoje optimum i znikają równie szybko jak się pojawiają. Frekwencja prawie mierna, a człowiek przemarznięty do szpiku kości. To wszystko spowodowało, że odwołałam poniedziałkowy urlop, bo choć dzień był słoneczny to kolejne – 18 i niska frekwencja przeważyły nad możliwością napawania się otoczeniem. Czasami rozsądek dyktuje warunki.
W środę szybki rzut oka na pogodę, ma być dosyć ładnie i zerowa temperatura. Szybka decyzja, wypisuję urlop i jutro gnam do budy. Kolejna nadzieja na udane kadry, odwilż dobrze mi się kojarzy. W tym czasie ptaki zazwyczaj dopisywały. Choć wieczór i noc upłynęły pod znakiem śniegu to ranek okazał się całkiem łaskawy. Nie padało, choć silny wiatr z zachodu dawał się we znaki. Pierwsza przeszkoda tuż pod domem. Spadło tyle śniegu, że nie ma możliwości wyjazdu. Sąsiadka siedzi, zakopana na drodze wyjazdowej. Auto w śniegu po drzwi. Chłopaki szuflują a ja ubrana w kilka warstw ubrań z dzieckiem na ręku bezradnie rozkładam ręce. Pomału tracę nadzieję, wracam ale widzę jadący w oddali pług. Udało się odśnieżyć inny wyjazd i choć z trudem i realną możliwością utknięcia wyjeżdżam na prostą. Jest dobrze jestem na głównej teraz oby do przodu. Mam godzinę spóźnienia. Świta. Nim uporam się młodym i dotaszczeniem gratów będzie już jasno. Trudno czynniki pogodowe grają dziś główną rolę, to one - nie ja - rozdają karty. Posłusznie poddaję się im mimo woli.
Problem drugi pojawia się w chwili, gdy trzeba zostawić gdzieś auto. Podjeżdżam pod sklepik w wiosce graniczącej z moją budą. Facet z auta dostawczego macha mi groźnie ręką, że jeżeli zaparkuję to pourywa mi lusterka, bo cofać to on nie będzie. Musi wyjechać przodem. Cóż robić, kolejne 20 minut w plecy. Czekam jednak cierpliwie na awaryjkach nim dostawca skończy ranne pogaduchy przy świeżych bułkach. Przy stawianiu następnej budy, dojazd i możliwość zostawienia auta będzie jednym z głównych czynników warunkujących powstanie ziemianki w konkretnym miejscu.
Pod budę dochodzę w okolicach godziny 8. Całkiem już jasno, ale na dziku nie widzę ptaków, więc dobry to znak, jeszcze mam szanse wejść niezauważona, choć pewnie tylko tak mi się wydaje. I znów pod wiatr – wszystko dziś przeciw mnie – spisek jakiś myślę – na łące zaspy początkowo sięgające kolan, do przejścia - pomału - oby do przodu. W połowie już nie jest tak kolorowo - śnieg miejscami sięga połowy uda. Sanki z gratami zapadają się miejscami w moje ślady. To, co miało być ułatwieniem stało się katorgą. Co chwilę lądują na boku ja powtarzam tą samą czynność po raz n-ty, coraz bardziej się denerwując. Docieram, choć droga dalami siwe znaki, czuję nogi i ręce a nawet nie zaczął się jeszcze dobrze dzisiejszy dzień. Badam dzika, mimo cieplejszych dwóch dni ciągle silnie zmrożony, zagnieździł się w worku i ani myśli wychodzić na to zimno. Trudno, niech leży czeka na swój czas.
Godzina 8.30, w okolicy zaczyna się ruch. Trzeba szybko zmykać do budy. I tu największą niespodzianka tego dnia – otwieram budę i na całej jej długości i szerokości i od końca lewego do prawego z zachody na wschód i południ a na północ zwały śniegu. Pięknie musiało wiać z północy - wszystko, co nawiewało z łąki lądowało przez otwór na szkło w mojej budzie. A w środku czekały na mnie rzeczy zostawione podczas ostatniej zasiadki. Cieplutki śpiworek, koc, poduszka. Wszystko to zniknęło pod pierzynką śniegu. Ręce opadły a słowo na „k” nie mogło przecisnąć mi się na usta. Za chwilę godzina 9, ptaki wyleciały na żer - ja mokra od samego przejścia do budy a w środku 30 cm śniegu. Wiecie, co człowiek czuje w takiej chwili. Kopa – mocne kopnięcie w dupsko. Po takim kopie pada się na kolana i ręcznie kawałek po kawału wywala śnieg z budy. Nie po to darłam taki kawał, w takich warunkach żeby teraz odpuszczać. Nogawki mokre, rękawice mokre, ale w budzie już tylko niewielka warstwa śniegu. Wszystkiego nie wywalę, szkoda czasu. Z grubsza wyrzucam to, co sięga kolana. Poduszka wytrzepana, więc można siedzieć. Usadawiam się w tej „mojej” zaspie. Nakrywam przemarzniętym śpiworem i ściągam całkiem mokre rękawice. Dobrze, że dziś całkiem znośna temperatura. Do końca dnia już zostaję bez rękawic. Siedzenie w mokrych okazało się zdecydowanie gorsze od siedzenia bez.
Po kilku minutach słyszę znajome świergotanie, ku mojemu zaskoczeniu pojawia się sikora i z uporem maniaka skubie dzicze ucho. Na horyzoncie pojawia się para kruków - cieszę się, bo dawno ich u mnie nie było. Obsada dziś dopisuje ląduje myszak za nim drugi.
579.

Pasą się spokojnie na kościach. Jeden z nich to włochacz, dostojnik zajął najbardziej uprzywilejowaną pozycję na środku i to on wyjada najlepsze kąski. Po półgodzinie wszystko zrywa się z nęciska. Zapada cisza. Tak mija mi dobra godzina z hakiem. Jedyny ruch, jaki widać to przejeżdżające wdali samochody. Ptaki rozpierzchły się po okolicy, nawet sroki zamilkły. W tym czasie obmyślam przeróżne teorie. Pewnie z boku siedzi bielik, a może znowu temperatura nie pasuje? Ciśnienie rośnie czy spada? Może coś innego lub ktoś kręci się po okolicy. Tysiące myśli tłoczy się w głowie. Dobrze, że zjawia się para kawek, można zając się czymś pożytecznym, zamiast siedzieć i wymyślać teorie spiskowe. Po kawkach zlatują się sroki a dalej jak po sznurku. Z niespodzianek dnia pokazuje się mewa srebrzysta.
580. Teraz dopiero widzę, zaspę pod budą. No tak uroki wiatrów i szalejących opadów śniegu. Na deptanie już za późno. Większość klatek bez dołu.

Za nią pokazuje się myszołów. Odgania mewę i zajmuje się jedzeniem. Srebrzysta próbuje dla siebie kawałek, choćby jeden kęs. Obchodzi go z wszystkich stron, wyciąga swą długą szyję i wydaje mewiaste wrzaski. Marnie jej to wychodzi, myszołów robi swoje odwracając się do niej kuprem. Wrzaski ściągają drugiego a za nim i trzeciego myszołowa. Mewa nie ma szans w tej nierównej walce. Wzbija się w powietrze i przypuszcza atak z góry. Myszaki nic sobie nie robiąc skubią spokojnie, choć mewa z rozpostartymi skrzydłami rozmiarowo znacznie je przewyższa. Dziwne uczucie, widzisz skubiące myszołowy a nad nimi kołująca mewę wydzierająca się niemiłosiernie. Taki mewosęp. Odgłosy skrzeczącej mewy kojarzą mi się stricte z brzegiem morskim, a tu padlina i wyjąca nad myszołowami mewa. Nowe ciekawe doświadczenie. Po kilkunastu minutach odpuszcza siada w znacznej odległości i przygląda się ucztującym myszakom.
Z nowych gości pod budą oprócz sikory i mewy zjawia się wrona siwa. Najmniejsza z ucztującego towarzystwa podobnie jak mewa wrzaskiem próbuje wyperswadować kawałek dla siebie. Na darmo – dziś to myszołowy mają monopol na mięso. Zdegustowana przysiada dwa metry od nęciska i wyśpiewuje swoje wronie rymy.
581.

Czasami w ramach przerwy śniadaniowej myszołowy robią sobie jaja ze srok, przedrzeźniając te małe nieznośne wiercipięty.
582.

Kruki robią się zuchwałe, kości zaczynają wychodzić. Niedobrze to wróży, rozwloką je po całej łące a ta do małych nie należy. W myślach układam scenariusz lądujących daleko pozazasięgiem dobrego strzału bielików.
583.

584. Wynosi raz, wynosi dwa.

585. Nalatuje i znów kradnie

Szkoda, że przeważnie lądują pod wiatr, który wieje z zachodu, a więc odlatują ze światłem i giną w mroku cienia. Dzisiejszego dnia nie zrobię wymarzonych zdjęć latających kruków. Jeszcze nie czas na nie.
586.

W oddali pojawia się niezwykle urodziwy okaz myszołowa. Piękna jasna forma, niestety jest bardzo płochliwy. Pojawia się zawsze w większej odległości i jeszcze ani razu nie podleciał pod nęcisko, choć widywałam go już w okolicy. Siada w miejscu gdzie kruki wyniosły wcześniej kości. Czarne wredoty nie lubią odmieńców. Z donośnym kraaaa drą w jego stronę. Przypuszczając atak.
587.

588.

Ten, męczony nieustannymi atakami z powietrza zrywa się z kością. Rzadki to widok a właściwie dla mnie nowy, jeszcze ani razu nie widziałam myszołowa porywającego zanętę. Cóż okazja czyni złodzieja

599.

Pościg rusza, czarna policja eskortuje go w pobliskie krzaki, gdzie ten gubi zdobycz i odlatując dziś z pustymi szponami.
600.

Wracam szkłem na scenę. Pojawił się nowy gość- młody okaz mewy srebrzystej. Chwilę oglądam tego dzielnego ptaka. Coś niedobrego dzieje się z jedną z nóg. Cały czas bezwładnie dynda, a ptak używa tylko jednej.
601.

Całkiem nieźle sobie radzi, podkradając na jednej nodze kęsy mięsa - szczególnie, że na dziku siedzi 6 myszołowów.
602.

Generalnie panuje u mnie pełna kultura i harmonia. Walki można by rzec mogę oglądać tylko na waszych zdjęciach. Panuje tu z góry ustalona hierarchia i ptaki jedzą wspólnie lub czekają w kolejce na swoją kolej. Przez cały dzień czatowania była tylko jedna, między myszołowem zwyczajnym a włochatym, którą zresztą przegapiłam, bo w tym czasie przeglądałam zaklęte w puszkę kadry.
603.

Czas mija nieubłagalnie, ptaki zmieniają sie miejscami raz po raz. Przylatuje jeden, odlatuje drugi. Sikora radośnie pląsa między 6 myszołowami. Od tych widoków aż kiszki zaczynają grać marsza. Nie mam nic do jedzenia, staram się zabierać jak najmniej gratów, bo tych i tak mam do taszczenia sporo. O 13 dzwonię do Drojac’a czy ten wybiera się dziś na posiedzenie do swojej budy. Świergolimy przez telefon i nagle wszystko zrywa się z mięsa a przed budą ląduje znajoma sylwetka. Przepada mi piękne lądowanie, mimo to rzucam telefon i tylko krzyczę w słuchawkę - czekaj bielik.
604.

Chwytam puszkę i strzelam kilka klatek. Jest blisko.
605.

Rozgląda się po scenie. Przechadza kawałek i odlatuje z kawałkiem kości.
606.

W przeciągu kilku minut robi nalot drugi, kradnąc kość i przenosząc się z nią dalej.
607.

Kątem oka widzę drugiego dziadka. Małe przepychanki w powietrzu tych ogromnych ptaków robią na mnie niesamowite wrażenie. Dwa ciężkie bombowce z gracją akrobaty cyrkowego robią szybkie zwroty – dziś ten widok zarezerwowany jest tylko dla mnie - poza zasięgiem szkła. Bielik ląduje po raz 3, tym razem spokojnie siada na kościach – żeby nie było tak pięknie usadawia się za badylem, co przekreśla szanse na udane kadry. Na szczęście zrywa się i przenosi z kością trochę dalej.
608.

Wrażenia – jak je opisać, jak przekazać, co czuje się w takiej chwili. Nie jestem pewna czy człowiek czuje wtedy cokolwiek. Ja słyszę w tej chwili tylko swoje tętno, mogę policzyć uderzenia mojego serca jak liczy się owieczki w bezsenną noc. Za każdym razem pojawia się przyjemne gilgotanie brzuchu, i to drżenie rąk. Świadomość, że oto pojawia się ten, na którego czekam, w pięknym popołudniowym już świetle raczy mnie swoim spokojem. Wzrok jego wędruje po scenie raz po raz spoglądając prosto w moje „oko”. Majestatyczność, siła a jednocześnie spokój, jaki bije od tego ptaka robi niesamowite wrażenie. Każdy pobyt w budzie przy takim spotkaniu nabiera głębszego sensu. Siedzenie w budzie po kostki w śniegu, zimne dłonie, przebyte metry w zaspach z 50 kilowym dzikiem, wyrzuty męża - nic w takiej chwili nie ma znaczenia, nic nie jest w stanie odebrać mi tej radości. Możliwość oglądania spektaklu, jakim uraczyła mnie dziś natura, możliwość analizowania każdej części, każdego pióra, jego koloru – wierzcie mi - jestem innym świecie. Gdzieś w innej krainie, w mojej wyśnionej, wyczekanej. Wiele razy siedząc i patrząc przed siebie zastanawiałam się nad tą chwilą, co zrobię, kiedy pojawi się tak blisko. Odłożyłam na chwile aparat by móc w pełni chłonąć to, co dzieje się za ścianą. Skupić się, choć na chwile nie na kadrowaniu tylko na chwili, by ogarnąć wszystko, co dzieje się wokół.
Bielik skubie mięcho jak myszołowy, odganiając raz po raz sroki, próbujące skubać go za ogon. Nagle z majestatycznego silnego i atletycznego ptaka zmienia się w zwykła kurę. Przysiada i puszy pióra.
609.

Siedzi tak dobre 5 minut. Po chwili zagadka się wyjaśnia - przed budą ląduje drugi bielik znacznie potężniejszy. I niestety znów w miejscu gdzie poprzecinany jest badylem. Nie robię zdjęć, czeka może zdecyduje się wyjść na otwartą przestrzeń. Niestety ten nie jest dla mnie łaskawy. Chwyta kość i odlatuje za plecy budy.
610.

Drugi po jakimś czasie również opuszcza scenę a po chwili pojawiają się myszołowy.
611.

To znak, że bieliki oddaliły się. Zbliża się nieuchronnie godzina 15. Żałuję strasznie, ale czas zbierać graty. Pakuję wszystko do szeleszczących reklamówek, otwieram drzwi wychylam głowę, gramolę się w dziesiątkach ciuchów a myszołowy dalej siedzą na nęcisku. Dopiero dosadne pokazanie się sprawiło, że towarzystwo rozpierzchło się we wszystkich kierunkach. W oddali na łące widzę bielika. A jednak siedział i obserwował rozwój wydarzeń pod budą. Ciekawe, czy moja osoba nie spowoduje, że będzie teraz bardziej ostrożniejszy. Czas pokaże…
Nęcisko spełnia swoją rolę, jest tym, czym być miało. Wspaniałą dla mnie odskocznią od problemów dnia codziennego, dającą możliwość odcięcia sie od świata, w którym żyje i funkcjonuję, na co dzień. Dającą możliwość przeżywania uczuć całkiem mi obcych, a potem wspomnień utrwalonych za pomocą klatek lepszych i gorszych, podczas analizy, których mam możliwość odkrywania nowych szczegółów, których nie jestem w stanie wychwycić w czasie trwania spektaklu.
Sezon w pełni. Co jeszcze będę miała okazję zobaczyć?
A może wszystko to, co najlepsze już poza mną?
P.S. Przepraszam na nudzenie, ale temat tylko liznęłam. Mogłabym tak przez następne 5 stron, ale chyba i to jest już przesadą. Gratuluje wytrwalcom, przebrnięcia przez moje nieuporządkowane myśli.
Logiełka, latem i jesienią
miszak pokazywał pełne zachwytów kadry w sezonie zimowym to Ty pokazałęś klasę. Gratuluję.