po wczorajszym przymusowym leniuchowaniu i koszmarnej pogodzie dzisiejszy dzień zapowiadał się o wiele lepiej, i to nawet nie ze względu na prognozę mówiącą, że będzie mroźno i słonecznie ale głównie dzięki postanowieniu, że cokolwiek by się nie działo i tak idę. pobudka o 5.30, szybkie spojrzenie na termometr, -13.8. czyli nic nowego, bywało gorzej. z jednej strony dobrze wczoraj zrobiłem nie idąc w noc odgarniać śniegu z przed budy i zanosząc mięso - zamarzło by na kość, aczkolwiek wyprzedzając nieco fakty, i tak nic by to nie zmieniło. zerkam w okno - co jest grane ? tak widno już ?

przecieram jeszcze zaspane z nadzieją że źle widzę, ale nie. krajobraz księżycowy. i to dosłownie, po prawie pełny miesiąc na bezchmurnym niebie i gładka niczym stół łąka świecąca jego blaskiem. widok niesamowity. po wyjściu z domu od razu żałowałem, że nie zabrałem ze sobą szerokiego kąta. pierwszy krok za płot i po kolana w śniegu. na plecach ok 10kg (plecak ze sprzętem, worem z żarciem, statyw i szufla do śniegu) i perspektywa brnięcia w takich warunkach przez ok 1,5km. już po kilkudziesięciu metrach zaczynało mi się odechciewać ale rozciągający się przede mną widok, coraz piękniejszy podtrzymywał na duchu. w połowie drogi byłem gotów wrócić się do domu po krótki obiektyw i jednocześnie, kosztem focenia krajobrazów, zaniechać zasiadki w budzie. ale dziś niedziela, pomyślałem a w niedzielę przylatują ...

im dalej w łąki tym więcej śniegu, rowy melioracyjne praktycznie niewidoczne, wczorajsza zamieć niczym doskonały murarz zaszpachlowała je śniegiem na gładko. w końcu dochodzę na miejsce, gdyby nie to, że w nocy lis odgrzebał kawałek dzika, nie byłoby go widać. czatownia jak iglo - calutka w śniegu, nawet atrapa obiektywu zniknęła - kamuflaż doskonały

zaspy z przed kilku dni o dziwno zniknęły - znów robota wczorajszej zamieci - wyrównała teren idealnie, szufla przydała się tylko do odgarnięcia śniegu z przed wejścia do budy. w środku sucho, nawet grama śniegu, pakuję graty, wywalam żarcie, rozkładam się i czekam. pierwszy o dziwo zjawia się myszak, o 7:35.
688
cały oszroniony po mroźnej nocy. podobnie jego koledzy, którzy w ilości sztuk 7 zjawili się w ciągu następnych 5 minut. no to się zaczyna, pomyślałem i czekam na rozwój wydarzeń. jak na tę godzinę było już dość jasno, chwilę potem z nad horyzontu zaczęło wyglądać słońce i warunki zrobiły się doskonałe. mróz trzymał o czym zaczęły informować mnie marznące dłonie - rękawice trochę mokre, więc zdjąłem i włożyłem zapasowe. myszaki o dziwo dziś bardzo zgodne, łapczywie zabrały się do jedzenia. co jakiś czas jeden drugiego przegonił a w jego miejsce przylatywał następny. siadały na patolach, zlatywały i znów siadały. istna biesiada

naturalnie w międzyczasie pojawiły się kruki i sroki ale dziś o wiele mniej niż zwykle. liczba myszołowów zaczęła powoli maleć, 7,6,5 potem zostały już tylko 4. w pewnym momencie - tym na który czekałem od samego rana, wszystkie jak na jeden znak odleciały. momentalnie też podwoiła się liczba kruków, które przesiadywały gdzieś za budą. zerkam w lewo ... siedzi. stary bielik.
689
takiego jeszcze nie było u mnie, więc to kolejny szósty który tu zawitał. ale siedzi i ostrożnie rozgląda się, naturalnie w towarzystwie kruka. robię trzy zdjęcia - zrywa się i odlatuje. nie wiem czy usłyszał dźwięk migawki czy może ruch obiektywu go spłoszył. a może całkiem coś innego. w powietrzu robię mu jeszcze kilka zdjęć
690
po obejrzeniu których zauważam, że ma dwie obrączki. na powiększeniu widać, że ta z na lewym skoku jest biało-czerwona, na prawym złota albo brązowawa.
mijają kolejne chwile, kruki wykorzystując okazję zabierają się do ucztowania. pojawiają się kolejne myszaki
691
692
dochodzi nawet do kilku potyczek ale w sumie dzień można uznać za dość ugodowy w ich wydaniu, chociaż momentami było ostro
693
mijały kolejne godziny, zbliżała się 13 a ja zacząłem myśleć o zebraniu gratów i powrocie do domu. w sumie mróz nadal kąsał, pogoda piękna więc można by się po łąkach poszlajać. mięso i tak zamarzło na kość więc pewnie już nic nie przyleci. jak bardzo się myliłem, miałem przekonać się w ciągu dosłownie kilku minut po tych myślach. w międzyczasie zadzwoniła
Qelka sprawdzić czy konkurencja nie śpi

myszaki lądowały na zwariowane, przez kilkanaście minut na scenie było nie mniej niż 10 sztuk, w porywach do 13. już nawet kruki dały sobie spokój bo było za ciasno. zamarźnięte kości ? co tam, pikuś. nagle wszystkie głowy w górę i przerwa w jedzeniu. myszołowy odlatują jeden po drugim, ostanie zrywają się grupowo . na scenę wkraczają kruki a z nimi ląduje bielik. młodziutki osobnik, też widzę go po raz pierwszy u siebie. jednak kątem oka widzę, że coś z lewej strony, tuż przy rowie nie tak. tzn jak najbardziej tak, bo żółty duży dziób ! drugi stary ! młodzian kręci się po scenie w towarzystwie czarnych druchów. robię kilka zdjęć ale czekam na starego aż wyleci z trzcin. a on twardo siedzi. w pewnym momencie zamieram. mój wzrok pada na młodego, który wyciąga szyję, podnosi głowę i zaczyna ... śpiewać.
694

może i był to pisk, skamlenie ale dla mnie najpiękniejszy śpiew. z wrażenia oczu nie mogłem od niego oderwać a jak to zrobiłem, na środku sceny, a dokładnie tuż za nią zobaczyłem parę starych bielików
695
696
oczywiście przegapiłem moment lądowania. momentalnie zostały otoczone przez kruki, cały mróz, który towarzyszył mi w budzie wyszedł na zewnątrz, no cóż - jak ktoś kiedyś zapyta co jest najlepsze na marznące stopy odpowiem : para bielików
trzymały się w dość bezpiecznej odległości od budy, młody stał blisko i skubał gnata, one zaś przepychając się przez kruki porwały jedną kość i odleciały. w oddali mogłem podziwiać jeszcze ich akrobacje w powietrzu
697
698

po kilkunastu minutach odleciał młody, pojawiła się mewa
699
dość odważnie poczynała sobie w towarzystwie kruków ale w końcu siła złego na jednego ... odleciała. młody wrócił jeszcze dwa razy, raz w towarzystwie jednego z dorosłych.
ale to nie był koniec bielikowego szaleństwa. po ok 30 minutach pojawiała się kolejna para, znana już mi z poprzednich odwiedzin.
700
niestety liczba kruków była już tak duża, że nie pozwoliły im praktycznie na nic poza dość szybkim odlotem - naturalnie w ich eskorcie:)
było już po 14, na placu pusto więc definitywnie postanowiłem się zmywać. otwieram właz do czatowni i mały włos nie trafiłbym nim myszka - zabrakło dosłownie kilkudziesięciu centymetrów:) przekonany, że się spłoszył podniosłem go do końca, podparłem jak zwykle deską, zerkam w okienko - a ten siadł i poleruje resztki gnata

za chwilę ląduje, 2,3 4 i w ten sposób pakując się spędziłem ostatnie minuty dzisiejszej zasiadki
701