Musze przyznać, ze i mnie pomału dopada końcówka sezonu. Tegoroczny sezon, mimo iż, organizacyjnie chaotyczny obfitował w niesamowite obserwacje, dostarczył mi masy wiadomości o zachowaniach i współdziałaniu oraz o ilości gatunków, z którymi miałam możliwość i niewątpliwa przyjemność obcować i chyba śmiało można napisać - ciężko „pracować”.
Pogoda w tym roku nie rozpieszczała i dzięki niej sezon pewnie będzie wyjątkowym i na długo zapadnie w mojej głowie. Najpierw długie i bezśnieżne dni października i listopada spowodowały, że sezon rozpoczął się dosyć późno, przez co trwał krócej. Po nowym roku długo zalegająca obfita pokrywa śnieżna oraz znaczne mrozy na wybrzeżu sprawiły, że dużo zwierzyny padało, co tu dużo mówić z głodu i wyczerpania. Tym samym baza pokarmowa dla padlinożerców była łatwo dostępna i za pewnie w znacznej mierze koniec sezonu z wyżej przedstawionych powodów skutkował mniejszą ilością odwiedzających mnie ptaków. Z moich obserwacji wynika, że najbogatszy w odwiedziny był grudzień i pierwsze dwa tygodnie stycznia. Idąc dalej liczba ptaków sukcesywnie spadała. Ostatnie dwa tygodnie, mimo wykładanej padliny to już praktycznie czas tylko dla mnie i moich przemyśleń. Sporadycznie pojawiały się pojedyncze sztuki, skubały chwile i odlatywały bezszelestnie. Do głodujących na pewno zaliczyć ich nie można. Te wszystkie osoby, które tak zacięcie krzyczą, że po wyrzuceniu padliny trzeba robić to całą zimę nie do końca chyba mają doświadczenie w temacie. Pod koniec mroźnych dni, kiedy tylko wiatry i temperatury sprzyjały ptaki wiedząc, co leży na nęcisku częstokroć wolały patrolować łąki i niejednokrotnie mogłam z budy obserwować ich popisy łowczych.
Luty dobiega końca drapieżniki rozpierzchły się po okolicznych polach w poszukiwaniu gryzoni, bieliki zapadły na gniazda, kruki zachwycają miłosnymi akrobacjami w powietrzu. Coraz mniej interesuje je zimna zmarznięta padlina. Robi się cieplej, śnieg topnieje odsłaniając nagie połacie pól. W cieplejsze dni na polach pojawiają się kuropatwy i bażanty, głowy wystawiają zające. Wczoraj o mało, co o przednią szybę samochodu rozbiłaby się czajka. Słychać i czuć w powietrzu pierwsze zwiastuny wiosny.
Czas już jak piszą chłopaki otworzyć drzwi i zrobić porządek w budzie. Wyłożyć pozostałą składowaną za budą padlinę by dogodzić i podziękować skrzydlastym za tegoroczny sezon. Tak jak zrobiły to one podczas dwóch ostatnich moich zasiadek.
Kruki, które w tym sezonie nie były skore do pozowania i w przeciwieństwie do bandy Drojac’a u mnie były towarem deficytowym pozostają w dalszym ciągu pożądanym gatunkiem na przyszły sezon. Zaszczyciły mnie jednak na dowidzenia i pozwoliły posłuchać niesamowitego koncertu, masy gardłowych „krrrrr”, nawoływań i świstu potężnych skrzydeł. Szkoda tylko, że pogoda pogniewała się na mnie i w dniu zasiadki rozgniewane niebo pokazało swe ciemniejsze oblicze.
Również na koniec odwiedziły mnie niezwykle urodziwe jasno upierzone osobniki, które przez swój kolor nabierają jakiejś niebywałej gracji i lekkości. Przez cały sezon mogłam podziwiać je tylko z daleka, mimo, iż pojawiały się w okolicy nęciska nigdy nie siadały na scenie w obliczu tych „zwyczajnie” ubarwionych sztuk.
507.

Wielokrotnie wspomniana na fp obserwacje o większej płochliwości tych ptaków potwierdzam i ja. Ich odmienność w barwie upierzenia widocznie ma wpływ na ich zachowanie, co czyni je niezwykle wyjątkowymi.
508.

W 90 % przypadków pogoda nie sprzyjała, ale dzielnie człowiek walczy o każdy kadr. Raz z lepszym, raz z gorszym skutkiem.
509.

Zaplanowałam na ten rok porządne kadry bitew. Niestety natura w tym roku nie odkryła swoich wszystkich asów przede mną. Jest szczwana jak psy, które wykradały nocami najlepsze smakołyki przeznaczone dla ostrych jak brzytwa szponów i dziobów drapieżników.
510.

Droczy się ze mną i trzyma w niepewności. Przeciąga moje marzenia i utkane w głowie kadry na następne sezony. Chyba właśnie to pociąga mnie w tym wszystkim i trzyma w tym, co robię. Każdy dzień, każda zasiadka, każdy miesiąc i każdy sezon, mimo iż teoretycznie podobne różnią się niesamowicie obiecując kadry, o których tak naprawdę nie mamy pojęcia. Czekam na to „jedyne” mityczne zdjęcie i nie wiem czy kiedykolwiek takie powstanie, ale właśnie ta myśl o kadrze, którego nie potrafię nawet do końca zdefiniować sprawia, że chcę robić to każdego dnia nie bacząc na wyniki.
511.

Żałuję jednego, że zdjęcia są nieme. Śpiew myszołowa, który odnalazł nęcisko czy piski rozgniewanych myszołowów na długo zostaną ze mną i dzięki moim obrazom będę mogła do nich wracać. Z czasem jednak staną się bledsze i w jesieni będę pewnie z utęsknieniem czekała na nowy sezon, podczas którego znów będę mogła wsłuchać się w dźwięki towarzyszące podnieceniu podczas cennego znaleziska w postaci nęciska.
512.

Tym razem moja opowieść będzie kruczo - czarna. Czekałam na te ptaki z utęsknieniem. Na ich rozmowy, nawoływania i niesamowite bójki, które zażarcie między sobą toczą. Opowiem wam historię. Historię kruczego stada, które gdzieś na północnym wybrzeżu bystrym okiem wypatrują łatwych kąsków.
Pojawiały się u mnie wielokrotnie, jednakże zazwyczaj przelotem. Te niezwykle podejrzliwe i przebiegłe ptaszyska są chyba jednymi inteligentniejszych naszych ptaków. I w znakomitym stopniu potrafią zidentyfikować podstęp, jakim jest sztucznie tworzone zimową porą nęcisko. Pojawiają się jeszcze przed wschodem słońca. Wypuszczając najpierw swoje straże. Pierwsze sztuki pojawiają się koło godziny 6.30. Siadają cicho i niespostrzeżenie zawsze z boku budy. Obserwują, po czym znikają równie cicho jak się pojawiają. Swoje podchody wykonują kilkakrotnie. Za każdym razem zmieniając miejsce obserwacji. Nigdy jednak nie siadają bezpośrednio na padlinie. A kiedy w końcu to uczynią bacznie przyglądają się otoczeniu. Najmniejsza zmiana wywołuje u nich niepokój. Wystawiony 5 cm dalej niż powinien być obiektyw powoduje, że odlatują nie próbując nawet frykasów, które na nie czekają. Mierzą siły na zamiary. Sprawdzają i czekają, kiedy popełnię błąd. Wiem, że to robią z premedytacja i cierpliwie czekam – dziś będę cwańsza niż najcwańsza sztuka z tej kruczej rodziny.
513.

Nalatują wielokrotnie, nieraz swoim donośnym głosem dzielą się zapewne z towarzyszami wiadomością o tym, co znalazły.
514.

Upewniając się, że nic im nie grozi. Z bezpiecznych odległości, z najwyższych konarów starych wierzb chylących się nad kanałem obserwują inne ptaki które nieśmiało lądują w okolicy nęciska.
515.

Raz po raz zjawiają się co odważniejsze osobniki.
516.

Spojrzenie tych ptaków jest bezcenne. Te duże ptaszyska, poprzez swoja barwę i zachowanie są jedną wielką tajemnicą. Nawet kiedy wydaje się, że już czują się dobrze na nęcisku co jakiś czas swoim czujnym okiem lustrują miejsce z obiektywem.
517.

W momencie kiedy na scenie pasa się spokojnie inne ptaki pojawia się kilka sztuk tych czarnych bestii. Badają wzrokiem scenę. Wybierając najsmaczniejsze kąski.
518. co by tu zjeść , może sroczkę ?

519. a może sarenki uszczypać ?

520. chyba jednak drapnę kuraka

Kiedy zaczyna brakować tych najsmaczniejszych frykasów zaczynają się sprzeczki i przepychanki.
521.

Pocieszne to ptaki, ich utarczki przypominają nasze.
522.

Najpierw najzwyczajniej w świecie krzyczą na siebie i odgrażają. Czasami machają skrzydłem pokazując mniejszemu jego miejsce w szeregu.
523.

Jeżeli słowne utarczki ni przynoszą pożądanych skutków wzbijają się w powietrze by prowadzić podniebne bitwy.
524.

Niezwykłe akrobacje wykonywane z prędkością światła, wzbijanie wysoko w górę i szybkie opadanie z korkociągiem by tuż, tuż nad ziemią poderwać się znów w górę. Takie gonitwy w powietrzu trwają kilka dobrych chwil. Po nich wyczerpane ptaki lądują na ziemi i z otwartymi dziobami wyczekują czy konkurent odpuści czy bitwa toczyć będzie się dalej. Czasami słabszy osobnik chowa się za trzeciego i ten mimowolnie wciągany jest w sprzeczkę. Po chwili z dwóch kłótników w bitwę zamieszane są już cztery sztuki.
A bić się jest o co. Niezwykle zachłanne to ptaki. Pakuja do dziobów niewyobrażalną ilość jedzenia.
525.

Czasami, żeby szybko dobiec do jedzenia dwie nogi to za mało. Przydadzą się jeszcze trzy dodatkowe.
526.

Jednym ze sposobów na łatwe zdobycie smacznego kąska jest obserwacja co sąsiad ma pod noga u siebie.
527.

Zapewne jest to smaczniejsze niż to co mam ja. Podkradanie kęsów równiez nie jest im obce.
528.

Ale jest i czas dla sielankowego i idyllicznego obrazu szczerze oddanych sobie par.
Pory dzielenia się pokarmem i okazywania sobie nawzajem szacunku.
529.

Gruchania na boku i kruczych pieśni. Panie puszą się pysznie przed swoimi panami.
530.

Zupełnie jak w naszym świecie, panowie wyciągają swoje skrzydła prezentując się w całej okazałości.
531.

Obserwacja tych ptaków dostarcza wiele radości. Nawet kiedy czasami wykradają cichaczem te najsmaczniejsze kąski i przenoszą je poza zasięg szkła.
532.

Z każdym dniem jesteśmy bliżej wiosny. Zima małymi kroczkami nas opuszcza a wraz z nią ptaki, które fascynowały mnie od zawsze. Stojąc pośrodku sceny macham do nich na do widzenia ręką. Cieszę się, że zaczynają samodzielnie zdobywać pożywienie, szukają partnerów i śpiewają wysoko na niebie miłosne pieśni. Uśmiecham się a jednak gdzieś w głębi odczuwam dziwny niepokój i żal, że sezon i nasze spotkania dobiegły końca. Na szczęście dzięki temu będziemy wspólnie mogli rozpocząć nowe etapy. One polując samodzielnie, wyrywając ziemi smaczne gryzonie ja przenosząc się z czatowaniem nad rozlewisko w okolicy.
Cała gama zachowań, bogate obserwacje I niezwykłe uwiecznione chwile. Chciałabym za to wszystko podziękować. Pochylić głowę i rzucić szybującym w oddali wysoko na niebie bielikom „serdeczne dzięki” za chwile oraz emocje jakie tym chwilom towarzyszyły. Za trzęsące się dłonie, za przyjemne w brzuchu gilgotanie. Za to wszystko dzięki czemu będę mądrzejsza. I przede wszystkim za to, że mogę odhaczyć kolejny rok podczas którego moja wrażliwość nasiąkła jak gąbka powodując, że zaczynam doceniać wartości, o których w biegu zapominam.