rumik, fajnie, że Ci się podoba. Porównywanie Szwecji do Alaski, nie jest dobre. Byłem w Szwecji kilkanaście razy, łowiska dobre, ale gdzie im do alaskańskich? Znacznie lepsza jest Norwegia, tam niektóre łowiska rzeczywiście maja w sobie namiastkę Alaski, ale to też nie jest to. Z Alaską można porównać chyba tylko Kamczatkę i niektóre rejony Mongolii, w Europie takich miejsc już nie ma, niestety.
Wracając do opowieści.
Dzięki uprzejmości Boba, właściciela sklepu i hoteliku wyruszamy w górę rzeki Ambler, bardzo chcemy złowić Arctic Char'a, przepięknie ubarwioną i podobno wspaniale walczącą rybę łososiowatą. Jej złowienie byłoby cudownym ukoronowaniem wyprawy.
Rzeka Ambler płynie trochę szybciej niż Kobuk, chociaż do górskich jej zaliczyć raczej nie można, jest jednak miejscami bardzo płytka, do tego stopnia, że chwilami mamy problem z przepłynięciem, bo łódż osiada na mieliznach.
162.

163.

Pogoda nam dopisuje, zresztą jak podczas całej wyprawy, więc zapowiada się świetna wycieczka. Podziwiamy piękne widoki. Teren dookoła wygląda na zupełnie dziewiczy, szczególnie podobają mi się smukłe świerki, one zawsze kojarzą mi się z daleką północą.
164.

Na zakrętach rzeka podmywa strome brzegi, tworząc skarpy. Według Bob'a na takich właśnie skarpach często znajduje się kości mamutów.
165.

166.Mijamy obozowisko eskimoskich rybaków.

Oczywiście cały czas łowimy, zarówno z łodzi, jak też wychodząc często na brzeg. Niestety jedyną zdobycz stanowią wszędobylskie lipienie. Jest ich tu zatrzęsienie. Piękne ryby, ale nie o takie nam chodzi, więc nawet nie robimy wielu zdjęć.
167. Lipień polarny.

W takiej sielankowej atmosferze mija nam dzień, łowimy lipienie i podziwiamy widoczki. Zapomnieliśmy zupełnie o Eskimosach i ich nie najlepszym do nas nastawieniu.
168.

Po powrocie przenosimy się z naszego domu do hotelu, wszak pokoje opłacone, a koledzy wyjechali do Anchorage. Cieszy nas ta zmiana, bo w hotelu mamy łazienkę i za niewielką opłatą mama Boba serwuje nam świetne domowe obiady. Póżnym wieczorem znów wyruszamy na rzekę, sheefishe biorą doskonale, już co prawda nie w każdym rzucie, ale złowienie 15-20 ryb na głowę zajmuje nam maksymalnie dwie godziny. Wędkarski raj!
169.

170

171.

Podczas łowów odwiedzają nas dwie małe Eskimoski, które już poznaliśmy pierwszego dnia, stanowimy dla nich swego rodzaju atrakcję, pewnie nie często widują tu obcych.
172. Jessica i Jessi

173.

Zjawia się też mieszkający w domu Bob'a, czyli do niedawna prawie nasz współlokator traper o imieniu Bob. Postać przedziwna, na pierwszy rzut oka "dziki człowiek, jeden z kolegów stwierdził, że z ręki by go nie karmił. Przyszedł nad rzekę z wędką, ale usiadł na brzegu, rozpalił ognisko i nie łowił. Wyglądało to tak, jakbyśmy zajęli jego miejsce. Głupia sytuacja.
174.

Jak widać Bob nie rozstawał się nigdy ze swym coltem kalibru 44. Po kilku minutach męczącego milczenia Andrzej postanowił porozmawiać z traperem i okazało się, że Bob jest niezwykle ciekawą postacią. Proszę sobie wyobrazić, że do Ambler przyszedł na piechotę z Minnesoty! Zajęło mu to dwa lata! Gdy usłyszałem ten fragment rozmowy, natychmiast odłożyłem wędkę i przysiadłem się do ogniska. Nie mogłem przegapić takiej opowieści. Bob odpowiadał chętnie na nasze pytania, opowiadał o surowych zimach w tym rejonie Alaski, gdzie temperatury rzędu -50 st.C nie należą do rzadkości. Podczas takich mrozów nawet Eskimosi nie wychodzą z domów i wtedy Bob jest w swym żywiole. Z jego opowieści wynikało, że najbardziej ceni sobie samotność, skończył studia w Minnesocie, ale wiedziony potrzebą obcowania z naturą dotarł na Alaskę i postanowił tutaj zostać. Zajmuje się traperstwem (a myślałem, ze ten zawód już nie istnieje), czasami oprowadza też turystów i ekipy filmowe, najczęściej jak mówił Japończyków. To w pewnym stopniu tłumaczyło wygórowane ceny, Japończycy pewnie płacą tyle, ile chcą Eskimosi.
Zapytany dlaczego przyszedł z wędką ale nie łowi Bob dał nam do zrozumienia, ze zajęliśmy jego miejsce, ale on ma czas i może poczekać, aż pójdziemy. Wyjaśnił też, że musi złowić 3- 4 duże sieje każdego dnia, by mieć czym karmić psy w zimie. Postanowiliśmy pomóc mu w zdobyciu zaopatrzenia i już po godzinie na brzegu leżała spora górka złowionych sieji. Żeby je zabrać Bob musiał pójść po Quada z przyczepką.
175.

Wróciliśmy do hotelu nałowieni do bólu rąk. Po kolacji każdy chyba zasnął w ciągu kilku minut.
Rano odwiedził nas niespodziewany gość, nasz niedoszły przewodnik! Zaproponował nam wypłynięcie łodzią na kilkugodzinne łowy sheefish'a na głęboki zakręt powyżej ujścia Ambler, czyli w miejsce do którego nie mogliśmy dojść. Nie bardzo mamy ochotę płynąć z nim gdziekolwiek, ryb nałowiliśmy się po uszy a jego po prostu nie lubimy...
Jednak Bob przekonuje nas, że popłynięcie z Eskimosem pomoże poprawić nasz wizerunek wśród tubylców i jemu też będzie łatwiej, bo już nie będzie tym, który gości niechcianych "białasów". Na taki argument nie mam mocnych, umawiamy się więc na popołudnie, ustalając cenę na 100 USD od głowy. Drogo jak cholera, ale niech mu będzie.
Po tych kilku dniach spędzonych na łowieniu i spaniu, spaniu i łowieniu czujemy się już trochę znużeni, czekając na przewodnika postanawiamy nie łowić. Leniuchujemy. Ja postanawiam poszwędać się po wsi, robię trochę fotek, interesują mnie zwłaszcza ludzie i ich życie. Niestety niewiele udało mi się podpatrzeć.
176. Wszyscy poruszają się quadami, nawet jeżeli do pokonania jest dystans 50 metrów. Chodzenie nie jest w modzie...

Starsze Eskimoski dostały od nas przydomek "foki", są tak samo pulchniutkie i tłuściutkie, jak te miłe zwierzątka.
177.

Tym razem przewodnik zjawił się punktualnie, ale żeby nie było całkiem bez niespodzianek przywiózł ze sobą syna. Tego już za wiele, nie po to płacimy chore pieniądze za łowienie z łodzi, żeby szwendał nam się tu jakiś małolat. Natychmiast protestujemy i staje na tym, że młody płynie z nami ale po dotarciu na miejsce wysiada i łowi sobie z brzegu.
178. Płyniemy.
Po dopłynięciu młody Eskimos wysiada a my zabieramy się za łowienie. Ryby biorą jak wściekłe! Łowisko znajduje się w głębokim zakolu z silnym nurtem, ilość ryb jaka się w tym miejscu znajduje przechodzi wszelkie wyobrażenie, po chwili już nawet nie zarzucamy, lecz wypuszczamy woblery kilka metrów poniżej łodzi, następnie przytrzymujemy w nurcie i po kilku sekundach następuje branie! Jeżeli ryba spadnie, natychmiast przynęta jest atakowana przez inną sieję. Normalnie obłęd i szaleństwo. Kątem oka widzę, że młody z brzegu też holuje. Mocuje się z rybą kilka minut po czym słychać głośny trzask i Eskimos stoi ze złamaną wędką. Wiem, że to chamskie ale wtedy poczułem coś na kształt satysfakcji, nie lubiłem Eskimosów, nawet tego młodzika, który przecież nic mi nie zrobił... Człowiek to jednak wredna natura...
179. Pechowiec.

180. A u nas tak bez przerwy.

Myślę, że kilka zdjęć będzie lepszym komentarzem do tych kilku godzin, niż jakikolwiek opis...
181.
182
183

184

185

186.

187.
Wracamy absolutnie spełnieni. Jadąc tutaj marzyliśmy o złowieniu chociaż jednej sieji arktycznej, chcieliśmy tą rybę przynajmniej zobaczyć, a okazało się, że dostaliśmy dar z niebios! Przez następne dwa dni nic się już nie zmienia. Łowimy, odpoczywamy. odpoczywamy, łowimy. Eskimosi już nie byli tacy nieufni, nawet przewodnik przyszedł się z nami pożegnać, gdy odjeżdżaliśmy z Bobem na lotnisko.
Wyprawa na Alaskę spełniła wszystkie moje marzenia, ta cudowna kraina nie zawiodła mnie. Niesamowite widoki, mnóstwo zwierząt, niedżwiedzie, łosie, orły i oczywiście cel wyprawy - łososie! Miałem okazję podziwiać te królewskie ryby na tarlisku, zobaczyć jak przemieniają się z "normalnej" srebrnej torpedy w czerwono- zielone potwory o drapieżnych paszczach.
Jestem zauroczony tą niezwykłą krainą i jeszcze zanim opuściłem Alaskę obiecałem sobie, że na pewno jeszcze tu wrócę. I dotrzymam słowa!
Każdemu z Was życzę takiej wyprawy, te przeżycia warte są każdych pieniędzy. Tym bardziej, że żyje się tylko raz.
Dziękuję wszystkim, którzy zechcieli zajrzeć do tego wątki, Wasze komentarze bardzo mnie podbudowały, wiedziałem, że piszę nie tylko dla siebie...
Jeszcze raz dziękuję.
Koniec.