Czy zastosować odciągi w namiocie, przecież tam jest podmokły teren i nie da rady wbić szpilki, ale jak podniesie namiot? Znowu te parszywe wątpliwości i pytania, odgoniłem je szybko i pędząc wśród ciemności dodałem sobie pewności siebie. Na miejscu byłem kwadrans przed trzecią. Sto minut do wschodu, a tu już robi się widno!!! Doznałem szoku, nad wschodnią linią horyzontu, rozciągała się delikatnie karmazynowa łuna, jeszcze bardzo delikatna, ale dająca wystarczającą ilość światła, żeby oczy w ciemnościach mnie dostrzegły. Człowiek mimo usilnych starań, jest nieudolnym stworzeniem. Myślimy, że jesteśmy skryci, ale zawsze jakaś para oczu obserwuje nas z ciemności.
Wystarczyło tylko otworzyć drzwi samochodu, aby uszy uderzyła kakofonia śpiewu, rechotu i zawodzeń. To setki żabich gardeł, które z pomocą ropuch rozpruwały wręcz skąpane w półmroku rozlewiska. Momentami śpiew zlewał się w istną ścianę dźwięku, by po chwili wyłonił się z tego chóru jakiś solista, wyraźnie się na tle grupy odznaczający. Zrobiłem tak jak postanowiłem, wszystko dokładnie w takim miejscu jak pierwotnie planowałem. Namiot, niestety w maskowaniu nieco zbyt brązowo-brunatnym, więc na to siatka maskująca, która idealnie wtopiła go w otaczające bunowisko. Wszedłem do środka. Wewnątrz totalna ciemnica, latarka zdradzi mnie jednak na pewno, oczy powoli się przyzwyczaiły do tej egipskiej ciemności, a jako taką orientacje dawały snopy ledwego światła, jakby od niechcenia wypływające z wzierników obserwacyjnych w trzech ścianach czatowni. W środku wysokie trawy i chlupot wody. Wiedziałem, że ją zastanę środku. Wodery to jednak genialny wynalazek. Przed frontową ścianą wysokie bunowisko i trawa, niestety będę musiał skorzystać z wyższej perspektywy. Suchy tyłek miało mi zapewnić składane wędkarskie krzesełeczko. Jeszcze tylko cerata, na to karimata, a na to sprzęt. Statyw, aparat - wszystko rozstawione i sprawdzone, usadowiłem się wygodnie i jeszcze raz sprawdziłem czas. Była 3.15.
215.

Wzrok na nic się zdaje o tej porze roku i przy tej godzinie, mimo odróżniania konturów, dostrzeżenie czegoś i bycie pewnym, tego co się widzi graniczy z cudem. Wyłącza się wtedy wzrok, a człowiek zanurza się w ogólnie panującym bogactwie dźwięków. Czerwcowe bagniska, łąki i wierzbowy las, to poemat. Najpiękniejszy poemat usłyszymy właśnie o brzasku. To był moment, kiedy mogłem wykorzystać wpajane od kilku tygodni odgłosy ptaków i płazów. Odsłuchiwane setki razy w drodze do domu i pracy. Ropuchy i żaby grają pierwsze skrzypce, swoim bulgocącym rechotem zdają się wypełniać całą przestrzeń, słyszę rechot nawet spod swoich nóg, pewnie rozbiłem namiot na jakimś śpiewaku. Miłosna pieśń płazów uzupełniana jest pieśnią słowika, słychać charakterystyczne terkotanie perkozka, gdzieś w oddali budzą się do życia gęgawy, a wszystko to zamyka najpiękniejszy na świecie klangor żurawi. Taka dzika opera, pozostaje na długo w pamięci.
Minie sporo czasu, zanim światło pozwoli na robienie jakichkolwiek zdjęć. Aparat czekał więc na statywie na swój moment, a ja usilnie próbowałem rozpoznać jak najwięcej dźwięków z całego ogromu wrzasku jaki mnie otaczał. Oczy zaczynały też widzieć co raz lepiej. Widziałem, że na środku rozlewiska - głównej areny na której miał się rozegrać ten spektakl, żerują już jakieś ptaki. Część skulona śpi nadal, nie udało mi się jeszcze ich rozpoznać. Prawą flankę mam skierowaną na płytkie rozlewisko, gdzie często polują bekasowate na małe bezkręgowca, często je tam widywałem, więc może się uda zobaczyć i tym razem. Lewa flanka skierowana natomiast była na brzeg rozlewiska, który płynnie zlewał się z wodą, przechodząc najpierw w grząski grunt, porośnięty większą trawą, by potem zmienić się w zatopione połacie zieleni i ostatecznie przekształcić się w otwartą wodę. W ostateczności, mogę też prowadzić obserwację przez wejście, choć to może zdradzić moją obecność ewentualnym obserwatorom od frontu. Odsłonięte wejście wpuści bowiem snop światła, który przecięty moją postacią stanie się widoczny z bardzo daleka. Siedziałem więc spokojnie i czekałem.
Nie wyjmowałem telefonu, rozpromieniona ciemność wnętrza namiotu mogła mnie również zdradzić. Czekałem więc w milczeniu, starając się robić jak najmniej ruchu. Wszechobecny wrzask, zmieniał natężenie i kierunek, czasem do ogólnej pieśni dołączały się jakieś nowe głosy. Żerujące ptactwo na środku rozlewiska nadal spało, kiedy na tle szaro - granatowego nieba pojawiła się lecąca sylwetka. Zamajaczyła mi nagle, lecąc dokładnie w moim kierunku, zniżała lot. Skrzydła nie uderzały w powietrze, leciał cichutko, wręcz złowrogo. To duch! Nieskazitelna biel przybysza szybko, dała pewność. Czapla biała wylądowała po mojej lewej stronie, na brzegu gdzie ląd i woda zacieśniły więzy tworząc kołyszący się, podmokły dywan. Jeżeli miałbym opisać, co poczułem w tamtym momencie, to było to uczucie szczęścia i żalu. Nareszcie z bliska mogłem ją obserwować, nareszcie mogłem cieszyć się jej widokiem. Odległość mimo wszystko nadal wynosiła niecałe 20m. Jednoczesny żal spowodowała naciągnięta siatka maskująca, która odcięła mi możliwość użycia bocznych ścian do zdjęć. Postanowiłem więc w spokoju siedzieć i podziwiać jej śmiercionośny spacer, brzegiem rozlewiska. Dla mnie czapla biała, jest jednym z najpiękniejszych ptaków. Jej kolor wydać się może całkowicie nierealny, szczególnie jeśli porównamy ją do siwej krewniaczki, która doskonale się maskuje. Do tego kształt jej sylwetki, tworzą pięknie załamane linie, ptak jest smukły i pełen gracji.
216.

Długa szyja i sposób w jaki potrafi ją wyciągnąć, tworząc idealnie linię prostą wraz z tułowiem. To wszystko sprawia, że jest jakby nie z tego świata, pełna mistycyzmu. Nie pasująca do drapieżnej natury i świata, w którym lepiej być niewidocznym. Jest idealnie przystosowana do swojego zadania, z łatwością celowała w przybrzeżną toń, raz za razem wyciągając coś z wody. Cudownie było ją oglądać.
217.

Tymczasem tuż przed frontem wylądowały jakieś dwa niewielkie ptaki. Jeszcze było za ciemno, żeby rozpoznać gatunek i tym bardziej zacząć robić zdjęcia. Cały teren przede mną skąpany był jeszcze w mroku, a walka nocy z dniem tutaj nadal się nie rozstrzygnęła. Czas upływał szybko, gdy się coś dzieje, człowiek zapomina o wszelkich niewygodach, zimnie, głodzie czy innych potrzebach. Czapla po jakimś czasie mnie opuściła, najwidoczniej nie z mojego powodu, bo pożegnała mnie niskim przelotem tuż nad moją głową. Na środku rozlewiska ruch zaczynał być co raz większy. Ciekawym jest fakt, że dokładnie ten sam rewir przed miesiącem był zdominowany przez śmieszki, które swoją natarczywą naturą odganiały wszystkie inne gatunki, tym razem nie było ani jednej, mimo że dzień wstawał już na dobre.
Zaczynałem już rozróżniać poszczególnych gości na wodnych ostępach. Kilka czernic pływało w najlepsze, podczas gdy inne z wtulonymi głowami w tułowie spały nadal twardo. Był też perkoz dwuczuby. Wszyscy aktorzy jednak nadal zbyt daleko. Co chwila zerkałem na wskazania światłomierza. Mimo, że oczy co raz lepiej widziały aparat nadal pokazywał czas 1/4 sekundy. Potem 1/20, 1/50, 1/100. Z każdą chwilą stawało się co raz widniej. obejrzałem się za siebie, na niebo za moimi plecami, widziałem piękne odcienie czerwieni, fioletu i karmazynu, niebo skąpane w tej mieszance płomieni, wszystko w ciągłym i nieustającym wrzasku i śpiewie mieszkańców, tego niezwykłego i jakże pięknego miejsca. Na horyzoncie znowu widzę lecącą sylwetkę, te same kształty co ostatnio, mały tułów, wygięte skrzydła i ten sam kierunek. Wodnisty dywan brzegu rozlewiska po mojej lewej stronie. Tym razem duch jednak był mniej widoczny, nie odcinał się tak kolorem na tle szarości zachodniej części horyzontu. Czapla siwa wybrała dokładnie to samo miejsce, co jej biała poprzedniczka. Znowu mogłem jedynie podziwiać kunszt i doskonałość ewolucyjną tego niezwykłego drapieżnika. Pomyślałem w tamtym momencie, że namiot się sprawdza, mimo iż sądziłem że będzie nieco za duży, tak ostrożne ptaki jak czaple lądują nieopodal. Brak zdjęć to najzwyklejszy pech. Z zamyślenia i obserwacji wyrwał mnie ruch na frontowym obszarze wody. Zaczęło się coś dziać.
Żaba, która pod moimi nogami starała się przekrzyczeć wszystko wokół, wzmocniona echem odbitym od ścian namiotu, rąbała swoją pieśń w najlepsze. Tymczasem w moją stronę płynęły dwa małe lecz przepiękne jak się okazać miało ptaki. Gatunek z widzenia mi znany, widziałem podobne w książce, jak się one nazywają pomyślałem?
218.

No cóż, człowiek ciągle się musi uczyć. Wyjąłem podręczny atlas i szybko znalazłem gatunek na stronicach. Nie da się go pomylić z innymi wodnymi ptakami. To zauszniki.
219.

Zapewne para, nieduże, wielkości kosa, oczywiście o innych proporcjach ciała, w końcu w innych środowiskach żyją te ptaki, inaczej polują, inaczej się poruszają, są zupełnie inne. Ciemne ubarwienie, szczególnie ciemna była szyja, na tułowiu przebijały się piękne, jaskrawo rdzawe pokrywy. Na głowie nauszniki, podobne do tych jakie mieli wojownicy w filmie o Conanie, te jednak z pięknych żółto - brązowych piór, zdobiły głowę niczym wieniec laurowy cezara. Oczy natomiast rodem z piekła, jaskrawo czerwone, aż nierealnie.
220.

221.

Później na zdjęciach dostrzegłem malutkie czarne punkciki źrenic. Samiec podobny do samicy, różnił go jednak mały czepek piór na czubku głowy, uwydatniający jej kształt, przywodził na myśl filozofa z wysokim czołem, nie był tak smukły jak samica. Wieniec u niego, wydawał się ponadto bardziej okazały. Skąd wiedziałem, który to samiec? Co do tego wątpliwości miały mi nie pozostawić niezwykłe zauszniki. Za nimi w ślad płynęły czernice. Te kaczki miałem już okazję obserwować, nigdy jednak z takiej odległości. Czarno - biała maść samca i podkreślała żółty kolor oka. Głowę zwieńczył pióropusz sięgający aż do prostopadłej linii tułowia. Samica brunatno-brązowa, oko również żółte, jej pióropusz kończył swoją drogę tuż za potylicą, o ile ptaki ją mają. Nareszcie pomyślałem! Będę miał jakieś zdjęcia.
222.

223.

224.

225.

Oby tylko mewy nie zrobiły teraz bałaganu. Tych jednak ni było ani śladu. Powoli zacząłem wyzwalać migawkę. Potężna czułość ISO 3200 pozwalała mi na uzyskanie czasów 1/200 sekundy. Jeszcze cholernie mało światła. Ptaki nie specjalnie zwróciły uwagę na trzaskanie puszki. Tym bardziej mnie to ucieszyło.
226.

227.

Zauszniki podpłynęły naprawdę blisko, na jakieś 6-10 m. Na pełnej klatce to i tak za daleko dla tego niewielkiego ptaka. Wybrały sobie malutką kępkę wystających wodnych roślin, może kępka być myląca dla ciebie drogi czytelniku.
228.

To raczej były dwie, trzy gałązki niezwykle mizernej roślinki, wystające z wody i połączona tuż pod powierzchnia jakimś mikro systemem korzeni. Samica obejrzała miejsce, wyjęła kilka starych butwiejących liści i korzeni z dna i ułożyła na wspomnianej roślinnej konstrukcji. Obejrzała ponownie i wyskoczyła z wody stając na tym filigranowym roślinnym podeściku. Głowa na szyi wygięła się w dół, a moim oczom ukazał się piękny jasny brzuch, gdzieniegdzie ozdobiony punktami pstrokatego pieża. Cóż, ptaka tej wielkości to nawet większy szczupak zje, nic dziwnego, że mają kolor maskujący je od strony wodnych odmętów. Samica po krótkiej chwili rozciągnęła się w strzałę i równolegle ułożyła z taflą wody. Do tego stopnia, że dolna część jej dzioba, głowy i szyi była zakryta w wodzie, a oczy ledwo wystawały znad jej powierzchni. Tymczasem samiec tuż za nią, szykował się jakby do skoku. Wtedy już wiedziałem co się stanie. Trwało jakiś czas zanim się zdecydował, w tym czasie samica w bezruchu czekała. Nagle skoczył. Wskoczył na nią ujawniając niezwykłe płetwiaste nogi, tak charakterystyczne dla perkozów, z płetwą niezależną dla każdego palca. Jakby rozgnieciona ręka plastelinowego ludzika. Kiedy samiec doznawał uniesienia ze swoją partnerką, wydawał kwik niczym prosię, trochę delikatniejszy i mniej skrzeczący. Trwało to może 3, może 5 sekund. Potem wepchnął samicę pod wodę, a sam po jej szui i głowie zeskoczył do wody tuż przed nią. Kiedy się dosłownie chwilę potem wynurzyła się, oba ptaki wyprostowały się na szpicę i zatańczyły w swoim triumfalnym tańcu, jakby gratulując sobie tego ważnego wydarzenia.
229.

230.

231.

232.

233.

234.

235.

Wszystko to odbywało się przy akompaniamencie przerywanych pisków, jakie wydawały. Mnie w tym czasie opadła szczęka i gdyby nie kolana, to pewnie wpadłaby do wody, w której od dwóch godzin siedziałem.
Rzuciłem okiem, przez lewy wziernik na siwą, zniknęła! Pewnie poleciała, przypatruję się chwilę, cholera jasna powinna tam być, czy aż taki ze mnie gamoń, że z takiej odległości nie mogę zobaczyć? Jest! W niezwykły i niewyobrażalny wręcz sposób czapla potrafi stać się malutka. Wróciłem oczami do zauszników, te powtarzały właśnie rytuał. Znowu samica leży, samiec myśli. Nad czym on myśli? Bierz ją stary! Nic z tego! Za długo to trwało i pani zausznikowa zniecierpliwiona wskoczyła do wody, za chwilę jednak powtarzają. Tymczasem rewir całego przedstawienia ozdobiła sylwetka lecącej siwej, która zniechęcona miejscem zmieniła rewir, a może się umówiła z białą krewniaczką, że się zamienią? Minęło bowiem raptem 5 minut, a dokładnie to samo miejsce odwiedziła znowu biała. Czy to ta sama? Nie wiem niestety, mam zdjęcia tylko jednej i widać nawet obrączkę, tej pierwszej zdjęć już nigdy mieć nie będę. Postanowiłem zaryzykować. Powoli i bardzo delikatnie ręką, przez lewy judasz, zacząłem ściągać siatkę, tak aby między jej krawędź, a ściankę wziernika wepchnąć tele. Co chwila zerkałem, czy się nie połapała. Odwróciła się, więc powoli próbuję dalej. Jeszcze troszkę! Udało się! Teraz małe przemeblowanie z największą ostrożnością, żeby nic nie wpadło do wody. Ta otacza moje nogi i przywodzi mi na myśl, widok Pana z nogami w misce i z pilotem na tapczanie. Tele zamontowane! Udało się!
236.

Szkoda, że tak późno się zdecydowałem, biała powędrowała trochę dalej i odległość jest już znaczna. W tle za nią widzę na trawie gęsi. Gęgawy, te które pokazały mi jaki mocny jestem w tamtym tygodniu. Trzaskam zdjęcia, zrobiłem kilkanaście ujęć białej i gęsi, zanim odległość zrobiła się zbyt duża. Poczułem ulgę i szczęście, mimo że zdjęcia dalekie od doskonałości, to idę słuszną ścieżką. Bóg nagrodził moją cierpliwość, dał mi tak potrzebne uczucie triumfu. Zdobywam nowe gatunki i bezcenne doświadczenie.
237.

Przekładam tele znowu na frontowy otwór, lewy zostawiam przygotowany do ponownego użycia. Muszę pomyśleć nad rozwiązaniem tego problemu na przyszłość. Zauszniki działają dalej. Dochodzi nawet do nieporozumień, pojawiły się nowe i wszystkie wybrały sobie na morzu traw i zarośli, wody i bagien, właśnie te dwie mizerne gałązki. Coś niewiarygodnego. Dochodzi nawet do poligamii, widziałem scenę, kiedy samice zmieniały się na małej platformie z bunowia, a samiec zadowalał je wszystkie. Przynajmniej się starał.
238.

239.

240.

241.

242.

Samice nawet przeganiały się i kłóciły, która zajmie miejsce na roślinnej tratwie. Niezwykłe jest to co odgrywało się przed moimi oczami, zauszniki co jakiś czas dokładały elementy roślinności i inne budulce na miejsce, które było przez nie wszystkie tak pożądane.
243.

Czas mijał, a ja co raz bardziej czułem doskwierające zimno w stopy. Już prawie 4h moje nogi były po kostki w wodzie. Starałem się o tym nie myśleć, nie przeszkadzało mi to zimno, bo miałem zdjęcia, tak bardzo upragnione. Gdybym ich nie miał, pewnie czułbym że zamarznę na śmierć. Spektakl natury nadal trwał. Piękniejszy niż wszystkie sztuki, opery czy filmy jakie wykreował człowiek. Czernice, których nagle zrobiło się całkiem sporo zaczęły się przeganiać po całym zbiorniku, zaczepiały nawet zauszniki. Choć te wypełnione euforią aktualnych wydarzeń, dzielnie pokazywały swoją determinacje. Samce czernic urządzały prawdziwe wodno-powietrzne gonitwy. Wnet moim oczom ukazał się przepiękny widok. Moja największa dotychczasowa ptasia obsesja, w całej okazałości wyłoniła się zza bunowiska. Dwie dorosłe gęgawy z maleńkim przylepcem. Jak cudownie było je zobaczyć.
244.

Odległość mimo wszystko spora, nie mniej jednak i tak bez zastanowienia zacząłem walić zdjęcia seriami. Wiedziałem, że z mojego skromnego dorobku, to są najlepsze zdjęcia gęgawy. Ptaka, który sprawił mi tak sromotną klęskę w zeszły tydzień, a o innych wyprawach na poszukiwanie zdjęć gęgawy, to już nawet nie wspomnę. Niezwykle czujne gęsi paradowały ze swoją latoroślą na wprost mojego ukrycia. Czasy zaczęły już sięgać 1/500 i 1/700 sekundy, podjąłem decyzję że czas podpiąć konwerter, światło pięknie zalało całą okolicę intensywnie pomarańczową aurą.
Słońce zaczynało obnażać swoje oblicze. Kakofonia płazów jakby umilkła, nadal jednak ptasie zastępy dawały świadectwo swoich wokalnych umiejętności, dawały świadectwo śpiewem, wrzaskiem, piskiem, trelem i hukaniem. Czerwcowy poemat wkroczył w kolejny etap, dzień obudził się właśnie i niczym zmiana w fabryce, jedna część zasypiała lub po prostu milkła, inna zaczynała pracę. Piękna pogoda, słońce, lekki wietrzyk, zapach kwitnących roślin i topieliska. Brokat doznań, który może na długo się wyryć w pamięci. Rodzina gęgaw, krążyła po wodnym rewirze, wyszła nawet na dywanowy brzeg, po czym zniknęła mi z oczu. Zauszniki ciągle dostarczały za to nowych wrażeń. Pojawił się też perkoz dwuczuby polujący na ryby, odległość niestety zbyt wielka. Jak ważnym elementem ekosystemu są ryby, to większe bogactwo niż złoto, tak wiele istnień korzysta z tego życiodajnego źródła. Co jakiś czas kontrolowałem prawy wziernik w oczekiwaniu na jakieś gatunki bekasowate, wyrósł tam jednak niespodziewanie samiec głowienki.
245.
http://img833.images...72/73061643.jpg
Szeroki zakres manewru szkłem z frontowej ściany, pozwolił mi nie wykonywać przemeblowania i kombinacji z siatką, która przecież lewy wziernik też zasłaniał. Co za dzień pomyślałem, tyle gatunków. Czy można chcieć czegoś więcej? Okazało się, że dostać można więcej, bo chcieć więcej to by było już nieuczciwe. Więcej dała mi gęgawa, kolejna dzisiejszego dnia, która wypłynęła zza pobliskich szuwarów i zaczęła się zbliżać.
246.
http://img585.images...85/41110413.jpg
247.
http://img16.imagesh...92/90199965.jpg
Zakotwiczyła z prawej strony stanowiska, bardzo blisko mnie, musiałem wychylić tele maksymalnie w prawo, żeby ją umieścić w kadrze, elementy trawy i okalającej mnie siatki nieco zabrudziły kadr, bliskość spotkania jednak wszystko zrekompensowała.
248.
http://img41.imagesh...99/70445759.jpg
249.
http://img13.imagesh...58/80004839.jpg
Miałem gęś dosłownie kilka metrów od siebie, ta jednak nadal zachowując maksymalną czujność nie pozwoliła sobie na żer, nie rozluźniła się, cały czas na wyprostowanej szyi przyglądała się dziwnej konstrukcji w trawie. Wiedziałem, że mnie nie widzi. Gdyby mnie widziała, wzbiłaby się w powietrze, bez dwóch zdań. Przecież uciekały przede mną nawet z odległości 200m.
250.
http://img717.images...92/66916363.jpg
251.
http://img845.images...49/32445287.jpg
Ostatecznie gęś nie odleciała, oddaliła się powoli. Spojrzałem w powietrze, a moją głową rozgrywało się istne, powietrzne widowisko. Na polowanie ruszyły rybitwy czarne i rzeczne. W ciasnych zwrotach wykręcając ewolucje, których nie powstydziłby się najlepszy pilot myśliwca. Co jakiś czas na ułamek sekundy zawisały nad wodą, by potem uderzyć w nią i wzbić się dosłownie za ułamek chwili, wyciągnąć rybę. Niewielką, najwyżej 2-3 cm. Znowu ryby pomyślałem. Tak, Bóg stworzył idealny system, choć my ludzie za taki uważamy demokracje. Rybitwy są ciężkimi modelami, szybko przemieszczająca się akcja, ich zwrotność umożliwiają dokładne wykadrowanie ze statywu, poza tym podczas prób wystające z namiotu szkło tańczy w szalonym rytmie.
252.
http://img706.images...32/21470730.jpg
Zauszniki się chyba tego wystraszyły, podobnie jak samica cyranki, która pokazała się nagle z wodnych zarośli. Życia tu pełno, nie da się opisać uczucia, jakie towarzyszy człowiekowi, gdy uczestniczy w samym środku tego przyrodniczego tańca. Po jakimś czasie zostały już tylko rybitwy, czas leciał nieubłaganie, poczułem pierwsze bóle. To już 5h jak siedzę na maleńkim krzesełeczku, zgięte nogi, spodnie się tam wbijające i zimno doskwierające w stopy. Słońce już stało wysoko, światło dawało ostre kontury i cienie.
253.
http://img204.images...94/19525377.jpg
Cały ptasi harmider przeniósł się w głąb wodnych ostępów. Tam bowiem przez wiele kilometrów ciągnie się kraina, którą nawet sobie ciężko wyobrazić, nieopisane topieliska leśne, wierzbowe, bagniska i uroczyska, trzciny i łąki schowane w głębi tego całego, wielkiego organizmu. To przedstawienie dobiegło końca. Czas było opuścić moją kryjówkę i wracać do pędzącej w zwariowanym wyścigu łódzkiej populacji. Czas było wracać, bo trzeba iść do pracy.
254.
http://img43.imagesh...86/31097714.jpg
Opuścić równoległy świat, przejść znowu przez lustro, czy szafę, wrócić do świata który mnie stworzył, ale wrócić też do ukochanych dziewczyn. Wyszedłem szczęśliwy i poczułem jak za nimi tęsknię.